Tytułem wstępu

Na wstępie chciałam zaznaczyć, iż blog mój w żaden sposób nie aspiruje do miana jakiegoś poważniejszego przedsięwzięcia naukowego i ma głównie charakter hobbystyczny i w pełni amatorski. Intencją moją było, jest i będzie, zachęcenie czytelnika do odwiedzenia tych cudownych miejsc w Polsce oraz do zapoznania się z ich historią, klimatem. Poszczególne teksty (głównie w opisach miejscowości) pochodzą nieraz z trzech-czterech źródeł (całkowicie ze sobą przemieszanych), tak więc zdecydowałam się (przed wszystkim ze względu na czytelność i specyfikę przekazu www) nie podawać dziesiątków przypisów do każdego liczącego parę słów fragmentu. Informacje zamieszczone w w moim blogu dotyczące zamków pochodzą głównie z "Leksykonu zamków w Polsce" [ autorzy: Salm Jan, Kołodziejski Stanisław, Kajzer Leszek] oraz stron internetowych poświęconych temu zagadnieniu. Zaś wiadomości dotyczące samych miejscowości znajduję głównie w Wikipedii, na stronach tych gmin i miejscowości, bądź też ze stron prywatnych poświęconych danym miejscowościom czy obiektom. Jeżeli jednak, ktoś poczuje się urażony gdy wykorzystam jego wiadomości, proszę o kontakt. Napiszę sprostowanie lub usunę takowe wiadomości z mojego bloga.

Będę ogromnie wdzięczna za wszelkie uwagi, zarówno dot. ew. błędów rzeczowych, ortograficznych, faktograficznych i innych. Propozycje, pomysły, sugestie dot. układu treści, nowych tematów, i inne uwagi proszę przesyłać na adres: jagusinka@gmail.com
Tuż pod tym tekstem jest księga gości - możesz napisać co myślisz o moim blogu :)

KSIĘGA GOŚCI

KSIĘGA GOŚCI - pisz szczerze, każda opinia jest dla mnie ważna :)

Możesz tutaj napisać co myślisz o moim blogu :)

Obserwatorzy

wtorek, 22 czerwca 2010

Tuchów

Miasto Tuchów oddalone jest 16 km na południe od Tarnowa. Przez gminę Tuchów przebiega droga wojewódzka łącząca Tarnów z Krynicą, a także linia kolejowa zwana leluchowską, łącząca gminę praktycznie z całą Europą. Gmina Tuchów położona jest w Ciężkowicko-Rożnowskiej części Pogórza Karpackiego.


Przejeżdżając przez Tuchów nie sposób było nie zatrzymać się i nie zrobić sobie przechadzki przez to urokliwe miasteczko. Zachwycił nas układ ulic i uliczek, stare domy i atmosfera tego miejsca. Miasteczko wychuchane, wymuskane. Widać że i mieszkańcom i władzom bardzo zależy na taki wizerunku miejscowości. Przeszłość miesza się z tu teraźniejszością. Płynnie i bez zgrzytów. Po wędrówce ulicami, przysiedliśmy na rynku zajadając lody.

Historia Tuchowa jest ciekawa i bogata. Prawdopodobnie już w okresie rzymskim istniała tu osada mieszkalna. Niektórzy historycy sugerują jeszcze starsze pochodzenie miejscowości w oparciu o przypadkowe wykopaliska (siekierka krzemienna, fragmenty ceramiki cienkościennej itp.). W innych publikacjach mówi się też o uroczysku pogańskim na miejscu dzisiejszego wzgórza, gdzie mieści się klasztor oo. Redemptorystów.Pierwsza pewna informacja historyczna o Tuchowie (Tukowie) przypada na rok 1105. Z dokumentu legata papieskiego Idziego dowiadujemy się, że Tuchów (Tucov) został darowany przez żonę Władystawa Hermana opactwu benedyktyńskiemu. Na przełomie XIII i XIV wieku istniała w Tuchowie dobrze prosperująca kopalnia soli, położona po lewej stronie Białej. Dzięki niej w roku 1340 Kazimierz Wielki nadaje Tuchowowi prawa miejskie (wzorowane na prawie magdeburskim). Wyznaczono rynek i prostopadle wychodzące ulice. W dokumencie lokacyjnym zatwierdzono herb miasta: są nim dwa złote skrzyżowane klucze, z mieczem pośrodku, umieszczone na niebieskim tle heraldycznej tarczy. J.Długosz (XV wiek) w “Kronikach” wspomina o rozwoju rękodzielnictwa: młynarstwa, szewstwa, garncarstwa, piekarnictwa, sukiennictwa, tkactwa, krawiectwa, stolarstwa, bednarstwa, warzelnictwa piwa, kowalstwa, kuśnierstwa.
Co warto w Tuchowie zobaczyć?

Cmentarz wojenny - pochowani są tu żołnierze austro-węgierscy i rosyjscy którzy zginęli w dniach 20-21 XII 1914 r.

Kościół klasztorny redemptorystów p.w. Nawiedzenia NMP - Stojący na zachodnim stoku wzgórza Lipie opadającym ku dolinie Białej i na północnym skraju kompleksu budynków klasztornych oo. redemptorystów, przesłonięty rozłożystymi konarami otaczających go starych drzew kościół ten jest z zewnątrz niemal niewidoczny. Miejsce, w którym się znajduje zaznacza przede wszystkim wznosząca się tuż przy nim wyniosła sięgająca ponad czterdziestu metrów pseudobarokowa wieża – dzwonnica. A jest to najstarszy z kościołów Tuchowa i jego okolic i jeden znajstarszych barokowych kościołów diecezji tarnowskiej.
Kościół parafialny p.w. św. Jakuba - Wznoszący się w północnej części miasta, niemal na krawędzi miejskiego wzgórza opadającego stromym zboczem ku rozpościerającej się szeroko dolinie rzeki Białej parafialny kościół pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła jest trzecią już świątynią w tym miejscu.
Budynek „Sokoła” - W dniu 6 lutego 1898 roku zebrało się w Tuchowie grono dwudziestu siedmiu światłych mieszkańców miasta i okolicznych obywateli ziemskich dla powołania tutejszego koła Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Jeszcze podczas owego posiedzenia na prezesa koła wybrano doktora Kazimierza Goyskiego, a na jego zastępcę Karola Berke, właściciela majątku w niedalekiej Karwodrzy. Zaraz potem tuchowski „Sokół” podjął aktywną działalność kulturalno-oświatową i patriotyczno-wychowawczą. Dziesięć lat później członkowie jego podjęli uchwałę w sprawie uczczenia 500 rocznicy zwycięstwa wojsk polsko-litewskich nad Krzyżakami pod Grunwaldem zbudowaniem siedziby Towarzystwa – „Sokolnicy”, w której miała znaleźć się sala gimnastyczna. Budynek „Sokoła” wzniesiony został w latach 1910-1911. Stanął on na południe od rynku przy ulicy Chopina. Jest to obiekt o cechach architektury eklektycznej i o elewacjach, w których dominują elementy zaczerpnięte z katalogu form neogotyckich: cegła na fakturę lica ścian uzupełnionej kamiennymi wstawkami, nadwieszone strzeliste wieżyczki i ozdobione krenelażami szczyty Ma on dwukondygnacyjny korpus mieszczący obszerną salę służą niegdyś do ćwiczeń gimnastycznych, parterowe przybudówki i południowy razalit bocznego wejścia urozmaicające jego bryłę. Zaraz po zakończeniu budowy „Sokolnica” wyposażona została w przyrządy gimnastyczne oraz w regały biblioteczne i księgozbiór, a tuż przy nim zbudowano kręgielnię i stojąca do dziś drewnianą altanę parkową Ale gdy podczas pierwszej wojny światowej Rosjanie. zajęli Tuchów na kilka miesięcy (od 11 listopad 1914 do 5 maja 1915 roku)urządzili w niej polową cerkiew. W dziesięcioleciu międzywojennym służyła na powrót do organizowania imprez sportowych, spektakli teatralnych, akademii okolicznościowych i zabaw. Po 1945 roku w budynku „Sokoła” mieściła się biblioteka, ośrodek kultury i kino. Obecnie jest w nim siedziba Sądu Rejonowego oraz restauracja.
Legendy o TUCHOWIE

Legenda o Wzgórzu Lipowym

Dawno, dawno temu Polskę pokrywały nieprzebyte bory i puszcze pełne dzikich, niebezpiecznych zwierząt. Tak też i było na terenie, gdzie obecnie znajduje się gmina Tuchów. Całe życie skupiało się wokół rzeki Białej. Ludzie mieszkali w gliniankach, lepiankach lub słomianych chatach. Polowali w lasach na tury, żubry i jelenie, zbierali grzyby, zioła i owoce leśne, łowili ryby w Białej i uprawiali ziemię. Ich przywódcą był Dziwon – dawny żołnierz armii Wiślan, który ze względu na podeszły wiek przeniósł się z garstka ludzi na spokojniejsze tereny. Drobna osada tętniła życiem. W tym samym czasie książę Mieszko zaczął jednoczyć plemiona, tworząc z nich jedno państwo – Polskę. Porzucił pogańskie zwyczaje i nawrócił się na wiarę chrześcijańską, przyjmując chrzest. Przekonywał też wszystkich swoich poddanych do nowego wyznania – zarówno pokojowo jak i na siłę. Ale jego zbrojna ręka nie wszędzie dotarła. W granicach dzisiejszego Tuchowa ludzie żyli sobie spokojnie. Wierzyli w swoich bogów, oddając im cześć. Ich gontyna (świątynia) znajdowała się po prawej stronie tuż przy rzece Białej na niewielkim wzgórzu. Porośnięte było ono potężnymi lipami uznawanymi za święte drzewa, którym należało oddawać hold tak jak bogom. Na szczycie pagórka stal dumnie drewniany posąg Światowida o czterech twarzach z zastygniętymi groźnymi rysami patrzącymi władczo na wszystkie cztery strony świata. Ludzie przychodzili modlić się codziennie wieczorami lub przy bardzo ważnych okazjach. W blaskach pochodni składali modły, prosząc o opiekę i pomyślność w życiu, na łowach i przy zbieraniu plonów. Matki przynosiły tam swoje dzieci, ofiarując je Żywii – bogini życia, umierający prosili Morenę o dobrą śmierć, zaś na wiosnę błagali ludzie Pochwista i Peruna, by nie gniewali się na nich i nie niszczyli im plonów.Tak ludzie żyli sobie spokojnie w swej wierze, dopóki do ich osady nie przybył pewien wędrowiec. Był to Jan – misjonarz głoszący Ewangelię poganom. Przybywszy do wioski, poprosił o gościnę. Zamierzał przekonać mieszkańców do nowej wiary. Jak co wieczór ludzie udali się na miejsce modłów, ale razem z nimi udał się też Jan. Pierwszy przemowy rozpoczął Dziwon:- O najjaśniejszy Perunie, władco i panie wszystkich bogów i ludzi, ulituj się nad nami, twymi sługami. O bądź nam dobrodziejem.
Ludzie klękali pokornie i pochylali głowy nisko, a Jan stał i w milczeniu przypatrywał się temu widowisku.Nagle ciemne chmury, które krążyły po niebie od rana, „odezwały się”, zwiastując burzę. Głębokie pomruki rozchodziły się dalekim echem po całej okolicy, lunął rzęsisty deszcz i raz po raz trzaskały pioruny. Na twarzach ludzi odbijał się strach i niepokój, ale nie przerywali modłów. Jan, który nie mógł już tego słuchać, zawołał: - Ludzie, opamiętajcie się! Do kogo tu się modlicie? To, co teraz robicie, to tylko puste, bezsensowne czyny i słowa! Przecież istnieje tylko jeden Bóg, który jest Wszechmocny i Sprawiedliwy! Porzućcie pogaństwo i bądźcie chrześcijanami! Bóg jest jeden!

Wszyscy zamarli z przerażenia, przerywając modły. Wtem, jakby na potwierdzenie słów Jana, ziemia się zatrzęsła, a z nieba spłynął ogromny piorun, dosięgając swym płomieniem i zapalając drewniany posąg Światowida. Ogień trawił miejsce pogańskie, a ludzie w popłochu zaczęli uciekać do swych domostw, szukając schronienia. Jan uklęknął spokojnie i dziękował Bogu za pomoc w nawróceniu tych pogan. Teraz był prawie pewien że zechcą poznać oblicze jednego Boga. I nie mylił się. Po świątyni pogańskiej pozostały tylko zgliszcza. Nowa wiara powoli zakorzeniała się w sercach ludzi mieszkających w dzisiejszym Tuchowie, ale owo miejsce uznali za niebezpieczne i omijali je z daleka. Nazwano je nawet Wzgórzem Lipiętym, czyli przeklętym z powodu lip, które zaczęto uważać za dwór diabelski. Ale lipy ciągle rozrastały się… Upłynęło tak kilkanaście lat. Dawna osada powiększyła się, przyjeżdżali tutaj kupcy rozwożąc swoje towary. Ludzie żyli w szczęściu i spokoju, wyznając wiarę chrześcijańską. Nikt z młodych nie pamiętał o obyczajach pogańskich, tylko mała grupka ludzi starszych kryła się po lasach, oddając cześć swoim bogom. Wszyscy zgodnie omijali Wzgórze Lipięte, na którym lipy były tak duże, że pień trudno by było objąć dwojgu ludziom. W owym czasie nastał dla wioski czas radości. Ludzie dowiedzieli się, że ma przejechać przez ich osadę ich obecny władca – Bolesław ze swoją drużyną. Wszyscy cieszyli się ogromnie, przystrajali swoje domy zielenią i przygotowywali się na ten ważny dzień. Pewnego dnia, ku uciesze mieszkańców, nadjechał książę Bolesław ze swym orszakiem. A że dzień miał się już ku końcowi, władca postanowił zatrzymać się na nocleg. Na miejsce spoczynku wybrał Wzgórze Lipięte, mimo iż wszyscy ludzie mu to gorąco odradzali. Skutek był taki, że władca rozgniewał się na nich, mówiąc, że uważają się za chrześcijan, a wierzą w miejsca przeklęte. Bolesław wjechał na swym białym koniu na miejsce, gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu składali modły poganie. Władca z zainteresowaniem przyglądał się ogromnym lipom i czuł, że w tym wzgórzu jest coś wyjątkowego. Pomyślał, że może ludzie mieli rację, ostrzegając go przed noclegiem w tym miejscu. Mimo tego kazał rozłożyć namioty i przygotować wieczerzę. Idąc na spoczynek, pomodlił się żarliwie do Boga, Jezusa i Jego Matki o dobrą noc i szczęśliwą dalszą podróż. Gdzieś koło północy zbudził króla silny szum wiatru i poczuł, że jakiś głos wewnętrzny mówi do niego, aby wyszedł z namiotu i udał się pod największa lipę. Gdy znalazł się tam, jego oczy oślepiła niezwykła jasność. W tej chwili usłyszał ciepły, miły, pełen słodyczy głosi padł na kolana.
- Bolesławie, czy ufasz Mi, Matce Chrystusa, w którego wierzysz?
On zaś odparł Jej nieco drżącym głosem: - O Pani, Matko moja, wierzę i ufam Tobie. Ty jesteś dla mnie podporą i opiekunką. - Zbuduj więc na miejscu, w którym teraz stoisz, świątynię dla mnie. W niej będą się ludzie modlić przez całe wieki i rzesze pątników pielgrzymować, prosząc o łaski tutaj, na Lipowym Wzgórzu. Uczynisz to Bolesławie? – Tak, zrobię to. - Zostań w pokoju, módl się i nawracaj pogan.

Światłość znikła, głos ucichł, wszystko było jak dawniej. Tylko Bolesław, mając świadomość tego, że Matka Boża mu się ukazała, trwał w modlitwie aż do rana. Znaleźli go tak jego poddani, którzy bardzo się dziwili. To spotkanie z Matką Bożą Bolesław postanowił zachować w tajemnicy i rozkazał:
- Tutaj niech będzie zbudowane grodzisko, a w jego centrum niech stanie świątynia ku czci Matki Bożej. Wszyscy będziemy przyjeżdżać modlić się do naszej Pani. A wzgórze niech zwie się „Lipie”. I tak też się stało, jak przykazał Bolesław za prośbą Królowej. Dziś po ponad dziesięciu wiekach powstania kościoła na „Lipie” wszyscy modlą się do Matki Bożej Tuchowskiej, która patrzy spokojnymi pełnym miłości wzrokiem na tłumnie zgromadzonych czcicieli odwiedzających jej Sanktuarium…


Legenda o potoku zwanym Szwedką
W lipcu 1655 roku w Tuchowie od kilku dni padał deszcz. Ludzie wstali wcześnie rano i udali się do swoich prac. Rada miasta nadzorowała pilnie kramy, wagi, miary, jatki, gdzie swe towary sprzedawali krawcy, szewcy, rzeźnicy i inni rzemieślnicy. Mnożyły się kradzieże, tak że sąd i ławnicy mieli pełne ręce roboty. Kupujących było tego dnia niewielu. Zaraza i zapowiedź, że obce wojska są tuż, spowodowały, że mieszkańcy pozostali w swoich domach. Część ludności uciekła w pobliskie lasy, unosząc co cenniejsze mienie. Rzesze wiernych z okolicznych wsi ciągnęły jednak przed cudami słynący Obraz Matki Bożej. Wszyscy byli zaniepokojeni, że jeżeli deszcz będzie wciąż padał, to wały nie wytrzymają i Liciąż zaleje dolną część miasta, odcinając tym samym drogę na Lipowe Wzgórze. Po południu gruchnęła wieść, że porwano polskiego króla Jana Kazimierza. Około 5.00 nad ranem usłyszano alarm ze strażnicy przy drodze do Mesznej Szlacheckiej. Wszyscy myśleli, że Szwedzi zbliżają się do miasta. Okazało się jednak, że to zabudowania pani Lisieckiej zaczęły się palić. Na szczęście pożar ugaszono. Tego dnia burmistrz postanowił spotkać się ze wszystkim mieszkańcami na Błoniach kolo Białej. Burmistrz zaapelował, aby zachowano spokój. Wieczorem wszyscy modlili się na Nieustannej Nowennie. W nocy przyszła burza. Nikt nie mógł spać. Tylko jeden, najuboższy, kmieć Władysław, spał jak zabity. Śniła mu się szabla, hełm, miecz, armaty, dwór i las. Po przebudzeniu kmieć podążył do drewnianego krzyża na rozstaju dróg przy Księżym Lesie, aby przemyśleć swój sen. Nagle z pobliskich zarośli wyskoczył wilk o czerwonych ślepiach. Na widok modlącego się wycofał się i uciekł. Patrząc w niebo, kmieć ujrzał dziwne znaki: krzyż, koronę i czerwona chmurę. Gdy powrócił do miasta, usłyszał, jak radca miejski odczytuje ogłoszenie, które brzmiało tak:
“Dzisiaj o godzinie czwartej po południu na Błoniach koło Białej odbędzie się spotkanie, na które zapraszamy wszystkich mieszkańców Tuchowa i okolic” Kazimierz Zygadło Burmistrz Tuchowa

Na spotkanie przyszli prawie wszyscy. Kmieć Władysław opowiedział o swoim śnie i zajściu z wilkiem. Ktoś z tłumu niespodziewanie zawołał:
- Z wilkiem nie może być zgody, bo on musi cudzym żyć! Ten wilk to zapewne Szwedzi. - Skąd ta pewność? Nie zawsze przysłowia się sprawdzają. - A szable, znaki na niebie? Zapanowała cisza. Kmieć znów zaczął przemawiać. - Według mnie to wszystko znaczy tylko jedno: bitwę ze Szwedami. - Co?! Bitwę? Ale przecież my nie mamy żadnych szans. Zginiemy. - Jeślibyście zostali to i tak zginiecie. Nie wolicie zginąć, walcząc o honor Ojczyzny? - Dobrze. Zgadzamy się. Na wojnę !! - Skoro już mamy się bić, to ustalmy miejsce walki. - Ja wiem, gdzie może się odbyć nasza walka – odezwał się obecny na spotkaniu burmistrz Ryglic. - W Bistuszowej na równinie koło dworu. Wieści niosą, że wróg zbliża się od strony Pilzna. - Hmm… Całkiem dobry pomysł. - No więc my przygotujemy pole bitwy i ludzi, a wy przygotujecie prowiant oraz ludzi. - Niech i tak będzie.
Spotkanie dobiegło końca. Noc minęła bardzo spokojnie. O godzinie 5.30 całe miasto było na nogach. Dzieci pomagały przy noszeniu prowiantu, który układano na rynku. Z obydwu gmin do bitwy zgłosiło się 850 ochotników. Wiedziano, że wojska szwedzkie liczą 1500 żołnierzy. Zdawano obie sprawę z przewagi wroga, ale nie tracono wiary we własne siły,. Na naradzie podzielono ludzi na następujące oddziały:
1. W lesie zwanym “Skrzydłowa” – 300 osób 2. Koło młyna – 200 osób 3. Koło dworu w Bistuszowej – 200 osób + chłopi z Jodłówki Tuchowskie
Nadeszły teraz dni oczekiwań i niepokoju. Ludzie gorąco modlili się przed obrazem Matki Bożej, polecając się jej opiece. Odmawiano litanie. Mający walczyć swoje szable, szkaplerze i różańce ocierali o ściany i Ołtarz z Cudownym Wizerunkiem Matki Bożej. Co środę rzesze wiernych ciągnęły na Nowennę, po której do domów ludzie wracali spokojniejsi. Pobliscy krawcy szyli znaki wojenne i chorągwie dla walczących. Nadszedł dzień Jarmarku. Każdy na chwilę zapomniał o czekającej go walce. We czwartek organizowano spotkania przedwojenne. Wszyscy ochotnicy zbierali się to w Tuchowie nad Białą, to we dworze w Bistuszowej. Wreszcie po wietrznej i niespokojnej nocy nadszedł dzień bitwy. Wszyscy walczący byli w wyznaczonych miejscach. O godzinie czwartej nad ranem usłyszano alarm z pobliskiej strażnicy na Słonej Górze. Znaczyło to, że oddział Szwedów nadciąga od Szynwałdu. Kiedy wróg zbliżał się do Bistuszowej, spotkał na drodze żołnierza w stroju polskim. Jeden z żołnierzy szwedzkich przeczuwał jakąś zasadzkę. Powiedział o tym generałowi, ale ten odrzekł z kpiną w głosie:
- Czemuż to mamy się bać jakiegoś chłopa siedzącego na pniu?
Kiedy Szwedzi zbliżyli się do młyna w Bistuszowej, zaniepokoiła ich cisza. Zrozumieli, że zostali otoczeni przez oddziały polskie. Z pierwszym brzaskiem usłyszano huk dział. Na równinie koło dworu fruwały żelazne kule. Z wyznaczonych wcześniej miejsc nadciągali chłopi. W ruch poszły cepy, widły, kosy, strzelby, rury oprawne i dzidy, a najbardziej uwijał się kmieć Władysław. Szwedzi nie wiedzieli, co począć. Poza tym stracili swojego generała Larsonna. Polacy nie poddawali się. Walczyli tak długo, na ile im siły pozwalały. Wielka bitwa toczyła się nadal. Rzeka była przepełniona zabitymi ciałami wroga, woda zaczerwieniła się od krwi. Nadszedł wieczór. Mgły gęste roztoczyły się nad rzeką. Noc była ponura, bezksiężycowa. I znów nad ranem ziemia zadrżała w posadach. Słychać było wrzaski szwedzkich żołnierzy. Polacy krzyczeli:
- Bić wroga, Do ataku !
Czarne chmury unosiły się nad polem bitwy. Rozpętała się straszna burza. Pioruny rozświetlały ciemne niebo. Wtem jeden uderzył w obóz szwedzki, który po chwili cały stanął w płomieniach. Walczący chłopi postanowili wykorzystać tę chwilę i wykradli najcenniejszy dla Szwedów sprzęt. Wróg wiedział, że nie ma szans na wygraną. Nie mieli nic, co mogłoby im pomóc w bitwie. Strzelby zostały zniszczone, amunicję skradziono. Ku zdziwieniu wroga na miejsce walki przyjechał generał Wojtyszko. Szwedzi poczęli wrzeszczeć:
- Nie damy rady ! wycofujemy się ! Na to Polacy: - Nigdzie nie uciekniecie ! Wszyscy musicie zginąć!
Równym krokiem chłopi zbliżali się do wystraszonego wroga. I tak się stało. Szwedzi zostali zabici, a w obozie polskim panowała ogromna radość. Wszyscy śpiewali:
- Chwała Matce Bożej Tuchowskiej, że zwyciężyliśmy ! A na pamiątkę porażki Szwedów, przepływający nieopodal Liciąż, który był przepełniony w czasie bitwy ciałami i krwią wroga, odtąd nazwano potokiem Szwedka.Legenda o tuchowskiej kopalni soli
Dawno, dawno temu, za czasów panowania króla Kazimierza nazywanego Wielkim, w pewnej małej osadzie położonej w dolinie rzeki Białej żył biedny chłopak o imieniu Wojciech. Był bardzo pracowitym chłopcem. Pewnego razu dostał się do wysokiego urzędnika, który w osadzie nadzorował hodowlę koni dla władcy. Wojciech nieśmiało poprosił o jakieś zajęcie. Urzędnik przydzielił mu funkcję stajennego. Po kilku dniach Wojciech zauważył, że jeden z koni uparcie zlizywał kamień. Zdziwiony podszedł wiec do tego kamienia i począł go oglądać ze wszystkich stron. Nie widząc nic dziwnego, zabrał go do domu, aby się mu lepiej przyjrzeć. Kiedy wrócił na posiłek, pokazał kamień kucharce i opowiedział jego historie. Kucharka, będąc kobietą praktyczną, postąpiła jak koń i polizała kamień. Stwierdziła, że to jest sól.
- Skąd to masz?- zapytała. Chłopak jednak nie chciał wyjawić miejsca pochodzenia soli, więc odrzekł: - Dostałem od pewnego wieśniaka za to, że pomogłem mu założyć koło do wozu.
Po posiłku Wojciech powrócił na wzgórze, miejsce znaleziska, odkopał trochę ziemi i zobaczył taki sam kamień. Jednak był za duży, żeby go wyciągnąć. Wrócił do domu, zjadł wieczerzę i położył się spać. Rozpętała się potężna burza z gradem i piorunami. Nazajutrz, gdy zmierzał z końmi na pastwisko, zobaczył odsunięty głaz i duży otwór. Wśliznął się do środka i zobaczył błyszczące, krystaliczne ściany. Mocno podniecony tym odkryciem, wybiegł z groty i zamaskował gałęziami jej wejście. Przez dwa lata w tajemnicy odwiedzał nocami tajemnicza grotę, rozmyślając o sposobach wydobycia soli. Bardzo pobożny, polecał wszystkie te plany Matce Bożej. Postanowił podzielić się tajemnicą ze swoimi bliskimi. Wspólnie zaczęli wydobywanie bryl soli. Do miasta zaczęli zjeżdżać kupcy po sól. W cenie były duże kawały soli nazywane tłukami. Cenne kruchy soli przyczyniły się do rozwoju osady. Wieści o niezwykłej kopalinie doszły do opata tynieckiego, który poprosił króla o nadanie osadzie praw miejskich. I tak się też stało. Miasto nazwano Tukov. Nazwa ta wywodziła się właśnie od slowa „tłuk”. Sól była wydobywana przez wiele lat. Wojciech został zamożnym i szanowanym człowiekiem w osadzie. Wdzięczny za odkrycie, ofiarował obraz Matki Bożej, który umieścił w pobliskiej kapliczce. Przed tym obrazem ludzie zaczęli doznawać cudów i uzdrowień. Poznawszy piękną pannę z zamożnego rodu, poślubił ją, a swojemu pierwszemu synowi nadal imię Jakub. Dorastający Jakub pomagał ojcu w pracy i sprzedaży soli. Byl bardzo pracowity, sumienny i uczciwy. Pewnego dnia, wszedł do kopalni razem z ojcem, aby zobaczyć prace górników. Na nieszczęście, zaraz po ich wejściu, zawaliła się część szybu. Połamały się drewniane stemple ze sztolni. Wojciecha, Jakuba i pozostałych górników otoczyły ciemności. Odcięci od świata i stłoczeni w tunelu wraz z rannymi górnikami, liczyli tylko na pomoc Boga. Na zewnątrz pracujący ludzie usłyszeli huk zawalającej się kopalni. Po całym dniu pracy nie dokopali się nawet do połowy zawalonego szybu. Przez tunel doprowadzający powietrze do kopalni udało im się nawiązać kontakt z uwięzionymi i zapewnić ich o organizującej się pomocy. Wewnątrz, zmęczeni i wyczerpani Wojciech i Jakub zobaczyli nagle dziwną jasność. Zaciekawieni, podźwignęli się z trudem i zaczęli iść w jej kierunku. Światłość zaczęła przemieszczać się w głąb tunelu, zamieniając się w białą postać. Przerażeni krzyczeli:
-To już koniec! To już śmierć! Biała postać, zaczęła dawać im wyraźne znaki ręką, aby szli za nią. Nie wiedzieli, jak to się stało, ale w pewnym momencie zobaczyli gwieździste niebo i pełnię księżyca. Byli uratowani. Każdego roku, o tej samej porze, Wojciech i jego rodzina szli przed obraz Matki Bożej w pobliskiej kapliczce, dziękując za uratowane życie. Pokolenia tuchowian nie zapomniały o tym wydarzeniu i o łaskach płynących z tego obrazu. Co roku, wierni spieszą z całymi rodzinami przed obraz Matki Bożej Tuchowskiej, dziękując za otrzymane łaski i prosząc o dalszą opiekę.

Książęcy Tuchów
Dawno, dawno temu pewien bogaty książę wraz ze swoją drużyną podróżował po różnych krajach, miastach oraz wsiach w poszukiwaniu dobrego miejsca do zbudowania osady. Wędrowali całymi dniami, a nocami zatrzymywali się przy lesie lub nad rzekami, rozpalali ogniska i odpoczywali. Zawsze na straży stało dwóch lub trzech wojów. Pewnego wiosennego dnia zatrzymali się w dolinie rzeki Białej, rozłożyli namioty, a na środku rozpalili, jak zawsze, ognisko, spożyli posiłek – pieczone mięso, i udali się na odpoczynek. Nie mogli długo zasnąć, ponieważ zewsząd było słychać rechotanie żab. Wczesnym rankiem wszyscy wyspani, wypoczęci zaczęli uwijać się po obozie. Książę jeszcze spał, a na jego twarzy malował się tajemniczy uśmiech.
- Ciekawi jesteśmy, o czym śni nasz książę — zastanawiali się wojowie. - Widać, że śni o czymś bardzo przyjemnym i miłym, bo wygląda na niezwykle szczęśliwego — mówili inni.
Poranek był piękny, wszędzie było słychać śpiewy ptaków, a wkrótce zaczęło rozlegać się muczenie krów. To tutejsi gospodarze zaczęli wypasać bydło na pobliskich łąkach i pastwiskach. Każdy z chłopów miał przynajmniej pięć krów. Muczenie tych zwierząt obudziło księcia. Zaciekawiony, choć trochę jeszcze zaspany, wyszedł ze swojego namiotu. Powietrze było bardzo rześkie, wiał ciepły, lekki wiaterek, a słońce złocistymi promieniami ogrzewało całą dolinę. Książę z zaciekawieniem rozglądnął się dookoła.Piękno okolicy urzekło księcia. Na wschodzie, na rozległym wzgórzu stały cztery malutkie, drewniane domki otoczone zewsząd wielkimi, rozłożystymi drzewami lipowymi. W powietrzu unosił się zapach rozkwitniętych kwiatów. Wokoło uwijały się pracowite pszczoły, które zbierały z kwiatów słodki nektar i zanosiły do dziupli w drzewie. Książę stal nieruchomo, urzeczony tym wspaniałym widokiem i uśmiechał się tajemniczo.
- Mój sen zaczyna się sprawdzać – pomyślał książę. Gdyby jeszcze wiejska kobieta poczęstowała nas przepysznym, pieczonym chlebem i ciepłym, świeżo wydojonym mlekiem, zostałbym tu na zawsze w tej cudownej okolicy.
Z zamyślenia wyrwali go drużynnicy, mówiąc, że do ich obozowiska zbliżają się dwie kobiety. Jedna z nich niosła dzban na ramieniu, a druga w rękach trzymała białe, płócienne zawiniątko.
- To obraz z mojego snu – zawołał książę – Gdzie są te kobiety?
Ale nim zdołali odpowiedzieć, książę sam je zobaczył. Ubrane były w długie, jasne szaty przepasane brązową chustą, na głowach miały założone płótna w tym samym kolorze.
- Dzień dobry zacni goście! Witajcie w naszej pięknej okolicy. Chciałybyśmy podzielić się z wami tym, co mamy. Proszę! Oto dzban świeżego, cieplutkiego mleka – powiedziała kobieta.
- A ja przyniosłam bochen chleba i garnuszek złocistego lipowego miodu. Kosztujcie! Jedzcie na zdrowie! – rzekła druga.
- Dziękuję wam za dary, gościnność i serdeczność. Niech wam Bóg wynagrodzi wasza hojność. Taki piękny wspaniały chleb widziałem w moim śnie, i rzeczywiście sen mój się sprawdził. Bóg wam zapłać za wszystko!
I książę wraz ze swoją świtą zaczął posilać się przyniesionymi darami. Grube pajdy chleba polewał złocistym miodem i popijał ciepłym mlekiem. Takiego prostego, ale smacznego posiłku dawno Już nie jadł. Gdy tak rozkoszował się chlebem i mlekiem, usłyszał znowu muczenie krów. Książę uświadomił sobie, że ich pyszne mleko pije. Jedzenie mu tak zasmakowało, że zapragnął spożywać je codziennie, zawsze. Zwołał więc wszystkich swoich towarzyszy i zapytał:
- Czy podoba wam się to miejsce i czy chcielibyście zostać tu na zawsze? Wszyscy zgodnie odrzekli: - Tak, panie, chcemy tu pozostać razem z tobą. To bardzo piękna okolica, mieszkają tu dobrzy i ludzie. Ziemia i urodzajna. – I ja tak myślę –rzekł książę. I dodał: - Tu chów będzie krów i wołów i tu powstanie nasza osada.
Cała drużyna książęca rozejrzała się dokładnie po okolicy i z zapałem postanowiła wziąć się do budowy osady. Wszyscy zajęci byli pracą, mężczyźni budowali drewniane chaty i stajnie dla zwierząt, a kobiety zajmowały się dziećmi, sprzątały, gotowały i pomagały mężczyznom. Po dwóch latach osada była dość rozbudowana, każdy miał pracę i mógł utrzymać rodzinę. Rozwijało się rzemiosło, rolnictwo, hodowla krów oraz wołów. I stad powstały osady: Wołowa, Gadówka.
Na Lipowym Wzgórzu, gdzie stały cztery małe domki, wkrótce wybudowano drewniany kościół. Większość mieszkańców codziennie przychodziła wypraszać u Boga za przyczyna jego Matki Najświętszej potrzebne łaski, pomoc w pracy i trudach codziennego dnia. Po wielu latach, gdy osada była rozbudowana, król nadał jej prawa miejskie. Mieszkańcy nazwali miasto Tuchów, pamiętając pierwsze słowa wypowiedziane przez księcia Bolesława „Tu chów będzie krów i ołów”.

Te i inne legendy o okolicach Tuchowa można znaleźć na stronie: http://www.tuchow.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz